niedziela, 6 października 2013

Rozdział 6. ,, Ten dzień był taki.. ''

* Oczami Jane *
Jestem, żyję, obudziłam się. Tak, kolejny dzień, coraz bliżej wyjazdu. Jeszcze tylko 9 dni. Szybko zlecą. Podeszłam do okna, otwierając. Oparłam się o parapet. Przybrałam świeżego powietrza. Słońce świeci, nie zapowiada się na kolejny pochmurny dzień. Chciałabym, tak przejść się po całym mieście. I zobaczyć życie innych. Musi, być cudne. Moje życie też jest na razie idealne. Czego, trzeba więcej w Swoim Życiu? Przyjaciele, dom, uśmiech, budzenie się z ochotą na życie, nic więcej mi nie potrzebne. Osiągnęłam dużo tak uważam. Może inni myślą o mnie inaczej, jestem wredna, jestem miła dla przyjaciół, umiem dokopać, ale jestem po prostu sobą! Nic mnie nie zmieni. To moje przemyślenie na dzisiejszy dzień.  Pamiętam, gdy byłam mała. Nie znałam jeszcze nikogo. Miałam, tylko siebie. Mogłam liczyć tylko na SIEBIE. A potem, wszystko się zmieniło. Zdobyłam to co najważniejsze w życiu Przyjaźń. Czasem, mam ochotę podejść do bezdomnego i zapytać czy mu się nie powiodło w życiu, czy po prostu zrobił największy błąd w swoim życiu. Poczułam lekki powiew wiatru, przeszły po mnie dreszcze. Przymknęłam okno. Odwróciłam się, zobaczyłam uśmiechniętą Amy. Usiadłam koło niej. Szturchnęłam lekko Harry'ego, żeby oddał pilota. Niestety był nieprzytomny. Głupek jeden. Wyjęłam z jego ręki pilota. I włączyłam telewizje. Dlaczego nic nie ma. No cholera. Gdzie moja Eska, teletubisie? Eh, dobra. Wyciągnęłam telefon z mojej lewej kieszeni spodni. Chciałam wejść na Twittera, ale bateria się rozładowała. Kurwa, czemu mam pecha. Tak wgl, można to nazwać pechem, że się bateria rozładowała? Było to do przewidzenia. Wstałam ze skórzanej kanapy, zmierzając w stronę kuchni. Otworzyłam lodówkę, wyjęłam z niej mleko oraz szynkę i bułki. Wszystko położyłam na talerzyk, który leżał na stole. Uszykowałam sobie kanapki, a do picia kakałko. Mam obsesję na kakao, zawsze rano muszę wypić chociaż jedną zawartość kubka, bo inaczej zwariuje. Moja wada. Usiadłam przy stole i zaczęłam delektować się moją specjalnością. Codziennie wyobrażałam sobie szczęśliwą historie jedząc śniadanie. Może, to zabrzmi dziwnie, ale czasem mam wrażenie, że to się spełnia. No dobra, koniec. Już 10:00, kiedy ten czas minął? Stanęłam, oparłam się o ścianę i lekko wyjrzałam. Chciałam sprawdzić, czy ktoś jeszcze się obudził, ale wiecie tak dyskretnie. Czemu? Sama nie wiem po prostu czasem mam takie zachcianki. Amy, Harry, Louis, Liam, Niall, Zayn.. Praktycznie wszyscy. Nie chce mi się wymieniać każdego. Gdzie Natalie? Aa.. no tak, ona nie jedzie z nami, bo jest z rodzicami. Ciekawe, gdzie są teraz moi. Nie ważne. Wiecie co? Ludzie których spotykacie w życiu, przez przypadek często są osobami, które stają się elementem Waszego Życia. U mnie tak było.  Spotkałam właśnie tych idiotów i zostałam z nimi, aż do dziś. Harry chyba mnie zobaczył i poruszył ręką, żebym tam przyszła. Podeszłam i usiadłam na fotelu. Rozsiadłam się. Zauważyłam, że jestem nadal w piżamie. Poszłam na górę. Praktycznie nie było mnie słychać, ale widać tak. Otworzyłam swój pokój i zamknęłam na kluczyk. Wyjęłam z szafki krótkie niebiesko-białe szorty, oraz granatową bluzkę na ramiączkach. Pozwoliłam sobie zrobić lekki makijaż. Jak to dziewczyny. Zeszłam ponownie na dół.
-Jane, idziemy na zakupy? - zapytała Amy, ty to umiesz zawsze mi poprawić humor.
-Jasne! - Włożyłam jeszcze czerwone conversy. I byłam gotowa do wyjścia, tak samo jak moja towarzyszka. Pożegnałyśmy się z przyjaciółmi i wyszłyśmy. Szłyśmy, było tylko słyszeć nasze kroki. Nic więcej. Wiatr wiał w nasze twarze. Powiew wiatru był słaby. Taki delikatny. Lubię iść przez ulicę i o niczym nie myśleć. Tak odłączyć się od rzeczywistości.  Doszłyśmy do sklepu, świetnie się bawiłyśmy. Miałam już pełne reklamówki zakupów. Nie lubię kupować, ale sprawia mi to przyjemność. Poczułam zimno, jakby coś przeze mnie przechodziło. Zatrzymałam się.
-Jane? Co się stało? - troskliwa Amy.
-Już nic. Wracamy do domu?
-Okej! Dlaczego dziś jesteś, jakaś inna?
-O co ci chodzi? - O co jej chodzi.. Jestem normalna, taka jak zawsze.
-Zawsze jesteś jakaś szczęśliwa, a dziś?
-Nie wiem. Chodźmy już.
* 30 minut później *
Stoimy pod drzwiami, zaczęłam szperać w kieszeniach w poszukiwaniu klucza. No i jest. Victoria znaczy zwycięstwo! Po chuja szukałam klucza, jak drzwi są otwarte. No kurwa, ja tu się staram nie zgubić klucza. Co jest dla mnie wyjątkowo trudne. A tu drzwi otwarte, no chamstwo w państwie. Weszłyśmy do domu. Każdy, siedział już przy stole, gadając, śmiejąc się, jedząc pizze. Podeszłyśmy do nich. Dołączyłyśmy się do wybornej uczty czyli pizzy.
-Mieliśmy czekać na Was, no ale Niall już zaczął jeść i nie mogliśmy się oprzeć, no i tak o. - usprawiedliwiający Harry, pokazując swoje piękne oczy.
-Zostawiliśmy dla Was 2 kawałki! - Powiedział zadowolony Louis. Gdy już zjadłyśmy, zasiedli wszyscy na kanapie.
-Ej, dlaczego ten dzień był taki.. Normalny? - zapytała Amy.
-Nie wiem.- Dzień jak dzień. Normalny
-I będziemy tak siedzieć, gapiąc się na pusty telewizor?
 -Jasne. -  Ostatni dialog, zanim zamknęłam oczy i odpłynęłam do magicznej krainy, tzn. snu.


1 komentarz: